wróć strona główna
           

Pierwsi werbistowscy święci - Arnold Janssen i Józef Freinademetz



7 marca 2003 r. w Pałacu Apostolskim w Watykanie odbył się Konsystorz, na którym zatwierdzono kanonizację bł. o. Arnolda Janssena i bł. o. Józefa Freinademetza. Uroczystość kanonizacyjna odbędzie się w Rzymie w dniu 5 października 2003 roku.

Św. Arnold Janssen      


 
Urodził się 5 listopada 1837 roku w Goch nad granicą niemiecko-holenderską. Pochodził z bardzo pobożnej, wielodzietnej rodziny. Jego ojciec był właścicielem niedużej firmy transportowej. Arnold rósł w atmosferze coniedzielnej Mszy św. i codziennego różańca. Wspólna modlitwa rodzinna kończyła się odczytywaniem prologu z Ewangelii św. Jana: "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo" (J 1,1). Późniejszy "apostoł naszych czasów", jak go nazwano, założone przez siebie pierwsze zgromadzenie misyjne nazwał Zgromadzeniem Słowa Bożego (1875). Jest to wspólnota kapłanów i braci zakonnych, w Polsce nazywanych także Misjonarzami-Werbistami (od łacińskiego słowa verbum).


Aby zintensyfikować pracę misyjną, założył w roku 1882 Zgromadzenie Sióstr Służebnic Ducha Świętego, zaś dla nieustannego wspierania modlitwą misyjnej działalności Kościoła, dał początek w roku 1896 Zgromadzeniu Sióstr Służebnic Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji. Zmarł w opinii świętości 15 stycznia 1909 roku. Na jego nagrobku w Domu Misyjnym w Steyl (Holandia) widnieją trzy słowa: Pater Dux Fundator - Ojciec Wódz Założyciel.
W dniu 19 października 1975 roku, w Niedzielę Misyjną, papież Paweł VI zaliczył Ojca Arnolda (razem z o. Józefem Freinademetzem, Marią Teresą Ledóchowską i założycielem oblatów, Karolem Józefem de Mazenod) do grona błogosławionych Kościoła katolickiego.


Wielkość Arnolda Janssena polega na tym, że na co dzień żył Ewangelią i bardzo się przejmował tym, że jeszcze nie wszędzie jest przepowiadana, że nie ma jedności wśród chrześcijan, że w Niemczech nie ma seminarium misyjnego. Nie czuł się powołany do tego, by sam zakładać tak wielkie instytucje. Mało kto widział go w roli założyciela wielkich zgromadzeń misyjnych. Jeszcze jako kapłan diecezji Monaster (Münster, wyświęcony w 1861 roku) udawał się do wielu biskupów w Niemczech i Austrii, by pozyskać ich przychylność dla idei misyjnej. Jeden z nich widząc jego słabe kwalifikacje i braki finansowe powiedział prorocze słowa: Był u mnie rektor urszulanek z Kempen. Chce założyć dom misyjny. Proszę pomyśleć - nie ma niczego. Albo jest szaleńcem, albo świętym. A jednak świętym! Ale nie od razu. Przez wiele lat był nauczycielem nauk ścisłych w żeńskim gimnazjum. Nie był błyskotliwy. Nie był porywającym mówcą. Nie miał zdolności muzycznych - przy śpiewie prefacji podnosił lub obniżał zaledwie głowę - melodia się nie zmieniała. Nie był typem współczesnego menedżera. Nie urzekał swoją osobowością... a jednak jest coś "porywającego" w jego osobowości. Nade wszystko pełnił wolę Bożą. Jest święty!


Gdy umierał, 15 stycznia 1909 roku, zgromadzenia przez niego założone liczyły 430 kapłanów, 400 alumnów, 566 braci, 558 sióstr w obu zgromadzeniach żeńskich i 500 uczniów misyjnych. Dzisiaj, przeszło 10 tysięcy synów i córek duchowych Ojca Arnolda, wywodzi się z 65 narodowości i prowadzi działalność misyjną na wszystkich kontynentach świata. Na osobie Arnolda Janssena spełniły się słowa Apostoła: "Bóg wybiera to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców..., co niemocne, aby mocnych poniżyć..." (por. 1 Kor 1,27).


Uzdrowienie uznane przez Kongregację ds. Świętych jako cud za wstawiennictwem błogosławionego Arnolda Janssena


Cud zdarzył się na Filipinach w mieście Baguio. Czternastoletnia Pamela Avellanosa, spadła nieszczęśliwie z roweru doznając przy tym ciężkiego urazu głowy i mózgu. Po przywiezieniu jej do szpitala, po kilku godzinach, utraciła przytomność. Stwierdzono stan głębokiej śpiączki z poszerzonymi źrenicami. Po okresie niewydolności oddechowej, nastąpiło zatrzymanie oddechu. Lekarze obawiali się czy chora przeżyje, bowiem miała poważne uszkodzenia układu nerwowego. Nie byli pewni nawet życia w formie wegetatywnej. Babcia Pameli i siostry Służebnice Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji rozpoczęły modlitwę wstawienniczą do błogosławionego Arnolda, z prośbą, aby Bóg zechciał ją uzdrowić. Rzeczywiście nastąpiła szybka poprawa, która doprowadziła do zupełnego wyzdrowienia.


Św. Józef Freinademetz  


Urodził się 15 kwietnia 1852 roku w małej górskiej miejscowości, w pięknych górach Tyrolu. Pochodził z bardzo pobożnej, wielodzietnej rodziny. W 23 roku życia został kapłanem diecezji Bolzano. Tylko trzy lata pracował jako wikariusz w parafii w sąsiedztwie rodzinnej wsi. W 1878 roku wstąpił do nowo powstałego Zgromadzenia Słowa Bożego, założonego przez błogosławionego Arnolda Janssena. Po krótkiej formacji, w 1879 roku wyjechał do Chin. Przez trzy lata pracował w Hongkongu, a resztę misjonarskiego życia spędził w Południowym Szantungu, wikariacie apostolskim prowadzonym przez werbistów.
Tu, w ciągu prawie 30 lat, piastował prawie wszystkie możliwe misjonarskie stanowiska - był przełożonym prowincjalnym, duszpasterzem, kaznodzieją, rekolekcjonistą, rektorem seminarium, pisarzem, a nade wszystko był "szczęśliwym misjonarzem". Ten tytuł nadali mu Chińczycy nazywając go w swoim języku "Fu" czyli szczęście.


Księdzem pragnął być od dziecka, ale powołanie misyjne zrodziło się w gimnazjum. Któregoś dnia wysłuchał płomiennego kazania misyjnego, w którym kaznodzieja zacytował zdanie z Księgi Lamentacji proroka Jeremiasza: "Maleństwa o chleb błagały - a nie było, kto by im łamał" (Lm 4,4). Te słowa prześladowały go przez następne lata, zwłaszcza podczas studiów teologicznych przygotowujących go do kapłaństwa. Postanowił małym tego świata "łamać chleb".


Podziwu godna jest jego rezygnacja z "ojczyzny", do której był bardzo przywiązany. Za domem rodzinnym tęsknił nawet podczas nauki w biskupim gimnazjum w Bolzano. Syn tyrolskich gór pewno odczuwał to co wyraża nasza (polska) piosenka: "Góralu czy ci nie żal odchodzić od stron ojczystych". Na pożegnanie z pięknymi Dolomitami napisał: Dobry boski Pasterz w swojej nieskończonej dobroci zaprosił mnie, bym razem z nim poszedł na pustynię w poszukiwaniu zagubionych owieczek. Nic innego nie mogę zrobić jak pełen wdzięczności ucałować jego ręce i powtórzyć za Pismem Świętym: Oto idę. Jak Abraham opuszczam rodzinny dom, moją ojczyznę i was moi drodzy w Tyrolu. Idę tam gdzie mnie posyła Pan. Znam nędzę naszych zamorskich braci, którzy proszą o pomoc. Nie przychodzi mi łatwo żegnać się z wami, ale ostatecznie człowiek nie jest przeznaczony dla tego świata. Człowiek jest przeznaczony do czegoś większego; nie by to życia dla siebie tylko wykorzystać, ale dla Pana.


Miejscowy biskup wiedział jaki "skarb" w osobie młodego księdza Freinademetza odstępuje nowo powstałemu zgromadzeniu Ojca Arnolda Janssena. Założycielowi powiedział te piękne słowa: Biskup z Bolzano mówi nie! Ale katolicki biskup mówi tak! Niech ojciec weźmie mojego ukochanego syna Freinademetza i uczyni go gorliwym misjonarzem. Młody kapłan opuścił swoją ojczyznę na zawsze. Już nigdy do niej nie wrócił, chociaż do końca życia nie przestał tęsknić za swoim ukochanym Tyrolem.


Chiny stały się jego nową i prawdziwą ojczyzną. Jako zwykły duszpasterz do tego stopnia upodobnił się do Chińczyków, iż stał się jednym z nich. Zamiast kapłańskiej sutanny nosił strój chińskiego mandaryna, miał warkocz i brodę. Sto lat temu wcielał w życie to co dzisiaj nazywamy inkulturacją misyjną. Mógł za św. Pawłem powtórzyć: "Jestem z urzędu sługą Chrystusa Jezusa wobec pogan sprawującym świętą czynność głoszenia Ewangelii Bożej po to, by poganie [Chińczycy] stali się ofiarą Bogu przyjemną, uświęconą Duchem Świętym" (Rz 15,16). Od siebie napisał: Lubię Chińczyków, znam ten naród, jego język i kulturę jak własną ojczyznę. I gdyby się Bogu spodobało, to mógłbym tu pracować jeszcze 70 lat. Tu chcę też być pochowany. Niestety, nie dożył siedemdziesiątki. Zmarł 29 stycznia 1908 roku, na tyfus z wycieńczenia, mając 56 lat, po pracowitym i świętym życiu misjonarskim. Do grona błogosławionych został zaliczony razem z Założycielem Werbistów przez papieża Pawła VI w Niedzielę Misyjną 1975 roku.


W Chinach pracował 25 lat. Na początku (razem z biskupem Janem Anzerem SVD) zastał 158 chrześcijan, a gdy umierał misja werbistów liczyła: 47 kapłanów (w tym już 11 rodzimych Chińczyków), 14 braci, 40 sióstr zakonnych, 972 katechistów i katechistek, przy 26 tysiącach wiernych i 40 tysiącach katechumenów. W tym czasie zbudowano 12 wielkich kościołów i 118 kaplic. Chciałoby się powiedzieć: Pan Bóg nie pozostawia swoich sług bez "sukcesów".


Uzdrowienie uznane przez Kongregację ds. Świętych jako cud za wstawiennictwem błogosławionego Józefa Freinademetza


Młody mężczyzna Jun Yamada z Japonii 16 lutego 1987 r. został przyjęty do szpitala w Nagoya (Japonia) z powodu licznych dolegliwości. Diagnoza lekarzy wykazała ostrą białaczkę z guzem rdzenia kręgowego (typu M2). Celem remisji choroby przeprowadzono zabiegi chemioterapii. Jednak pierwsza seria zabiegów nie przyniosła spodziewanego efektu. Dlatego wykorzystano inną terapię, stosowaną przy ostrej białaczce limfatycznej. Tego samego roku, testy laboratoryjne wykazały zmniejszanie się białych krwinek oraz innych komórek krwi. Pomimo przetoczenia krwi nie zatrzymano dalszego rozwoju stanu upośledzenia funkcji układu immunologicznego. Potem chory nabawił się zapalenia płuc powikłanego z krwotokiem i niewydolnością oddechową. Oddech stawał się coraz trudniejszy a niedotlenienie doprowadziło do tego, iż obawiano się, że ustanie praca serca. Dlatego na oddziale intensywnej terapii pacjent został zaintubowany i podłączony do respiratora. Chory był nieprzytomny.


Gdy stan młodego mężczyzny był beznadziejny i myślano już o jego pogrzebie, kapłan ze Zgromadzenia Słowa Bożego, który wcześniej był jego nauczycielem, rozpoczął nowennę do błogosławionego Józefa Freinademetza, aby wyprosić uzdrowienie swojego byłego ucznia. Inny kapłan tego samego zgromadzenia bezustannie odprawiał Msze święte w tej samej intencji, prosząc o wstawiennictwo błogosławionego Józefa.


Stan zdrowia młodego mężczyzny się polepszył, odzyskał on przytomność. Testy laboratoryjne potwierdziły zupełną remisję białaczki. Jednak załamanie odporności doprowadziło do zainfekowania grzybicą i gruźlicą. W lipcu 1987 roku nastąpiła stopniowa poprawa zdrowia, a 30 września tegoż roku Jun Yamada został zwolniony ze szpitala i uznany za zdrowego.

o. Waldemar Wesoły SVD